Jak studiować? Jak robić notatki? Czyli How to Study in College – Walter Pauk.

P1000412

Tydzień temu zaczęłam 6 semestr studiów, więc chyba mogę się nazywać doświadczoną studentką. Mimo to, ciągle szukam sposobów na to, żeby studiować lepiej, wydajniej i efektywniej. Przy okazji prezentacji z rozwojowiec.pl poznałam książkę How to Study in College Waltera Pauka. Chwilę zajęło mi znalezienie jej – w Polsce jest niemal niedostępna, cena na Amazon niewyobrażalna, w Internecie chroniona jak nowa płyta U2, ale udało się ją zdobyć :)

Czytaj dalej

Do boju! Kończę z biernym „rozwojem osobistym”.

Jakiś czas temu zaczęłam czytać dużo (zwłaszcza blogów) o rozwoju osobistym, oszczędzaniu i minimaliźmie. Czytałam, czytałam, czasem coś wykorzystywałam w życiu, ale generalnie to lubiłam sobie poczytać (chociaż akurat z wcielaniem minimalizmu nie mam najmniejszych problemów).

Ostatnio trafiłam na stronę rozwojowiec.pl i widząc tematy, jakie poruszył tam autor, Damian Redmer, obiecałam sobie, że przeczytam całe archiwum. ALE. Tym razem będę działać. Rady z każdego artykułu będę stosować przez kilka dni, najlepiej tydzień lub dłużej. Zależy od tematu. Wiele na pewno zostanie mi w głowie i będę się starała ich użyć przy najbliższej okazji.

Biorę już udział w Rozwojowniku u Ani Kęski, dzielnie uzupełniam swój zeszyt, ale nie byłabym sobą, gdyby mi czegoś w życiu nie brakowało. Tym razem musi się udać. Tworzę postanowienie z okazji dwudziestego lutego, bo tak.

Kto się przyłącza?

Osobisty filtr informacji

Powiedziałam dość.

Posprzątałam listę znajomych na fejsbuku, znaczną większość tych, którzy zostali, usunęłam z tablicy. Wypisałam się z newsletterów, nawet jeśli autorzy bardzo tego nie chcieli. Przecież i tak nie korzystałam z tych rabatów, i tak nie czytałam nowinek na ich stronach. Już kilka lat temu wyłączyłam grające szkiełko, w którym ktoś z kimś tańczy w coraz to dziwniejszych miejscach, wywlekane są na wierzch czyjeś trudne sprawy, a codziennie o tej samej porze mam szansę dowiedzieć się kto kogo zabił i kto z kim się kłócił. Nie czytam też nawet gazet. Mało interesuje mnie stronnicze zdanie tego czy tamtego autora, wymyślane na siłe tematy felietonów, schematyczne recenzje i kto teraz z kim, za ile i dlaczego. Zawsze lubiłam tylko wiadomości sportowe – tam mówili głównie o sukcesach i dobrych rzeczach.

A dziś postawiłam największy krok. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mnie to niszczyło. Ile z życia mi zabrało.

large

Przestałam obserwować większosć blogów. Przede wszystkim tych rozwojowych, które mieszały najwięcej. Zamiast naprawiać, psuły. Zamiast działać, czytałam. Pozbyłam się z czytnika kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu blogów, zostawiając tylko dziewięć tych, które naprawdę zmieniają coś w moim życiu. No bo co interesuje mnie czy ta blogerka zaszła w ciążę, tamta bierze ślub, a jeszcze inna ma nową torebkę.

Przez moje uzależnienie od blogów cierpieli wszyscy, a przede wszystkim mój czas wolny. I tak nigdy nie byłam w stanie trzymać „nieprzeczytanych” na zerze. Czuję, że mogę uciąć jeszcze więcej, a może nawet usunąć konto bloglovin. Byłabym chyba pierwszym blogerem, który nie używa ani jednego narzędzia do rozprzestrzeniania się w sieci.

Od dzisiaj czytam tylko to, co dodaje wartości mojemu życiu. Co jest piękne, potrzebne, kształcące. Co może mnie rozwinąć. I tak też chcę pisać.

A co Ty myślisz o takim podejściu? Też nie lubisz tracić czasu na zbędne informacje czy wolisz być ze wszystkim na bieżąco?

Najważniejsze jest to, co zostanie.

W tym roku na Mikołajki sprawiłam sobie wyjątkowy prezent. Taki, który „dodał prawdziwą wartość do mojego życia. Czytałam bez przerwy, żałowałam, że autobusem jeżdżę zaledwie kilka przystanków, że wykład trwa tylko półtorej godziny, że trzeba iść spać, bo jutro kolokwium.

To taka historia o tym, jak stać się szczęśliwym człowiekiem. O tym, że można spaść na samo dno, a mimo to, mieć szansę wypłynięcia na powierzchnię – i zabrania ze sobą innych. Ta książka uzdrawia ludzi i motywuje do lepszego życia. Dzięki niej na kilka dni „zabiłam internet w domu, choć chciałabym na zawsze – trafiłam na zły moment, zacznę tę wojnę znów już niedługo. Zaczęłam ćwiczyć nie dla ładnego ciała, nie dla Brodacza, ale dla zdrowia. Przemyślałam sporo spraw, podeszłam do oszczędzania w mądrzejszy sposób, staram się, aby wszystko co robię i co mówię, dodawało wartość do mojego życia.

Przecież tak wyglądało moje życie jeszcze kilka lat temu.

Masz weekend. Co zrobisz?

Możesz iść na imprezę, cały dzień w pidżamie oglądać seriale albo przejrzeć całego pudelka. Możesz też iść na basen, cały dzień spędzić poza domem z aparatem, albo nawet polecieć last minute do Rzymu. To, co wybierzesz, zależy od Ciebie. Ale pamiętaj, że każda drobna rzecz, którą zrobisz dzisiaj ma ogromny wpływ na to, jak będzie wyglądać Twoje życie za jakiś czas. Nie bój się.

IMG_20141017_104238Z kalendarza 2014 Marka Kamińskiego.

Nowy cykl: Łap Kraków

łap kraków

Od dwóch lat mieszkam w Krakowie. Było to moje wymarzone, wyśnione miasto, trochę jak takie Eldorado. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Kiedy wcześniej przyjeżdżałam do Krakowa, potrafiłam godzinami siedzieć na Rynku i karmić gołębie, albo szwendać się bocznymi uliczkami zaglądając do okien kamienic. Aż wreszcie zobaczyłam na koncie kandydata na studia status: zaakceptowana! Nacieszyć się nie mogłam. Moim głównym planem było nie studiowanie, a poznawanie miasta.

Po semestrze jakoś o tym zapomniałam. Nie wiem czemu, może wciągnął mnie jednak wir studiów, a może na Miasteczko było dużo bliżej niż na Rynek, a może… Kraków mi spowszedniał? Stał się po prostu miastem, w którym mieszkam, studiuję i pracuję. W którym chodzę spać, a Wawel mam na wyciągnięcie ręki. Chyba w tym cały problem. Gdy jesteś turystą, najlepiej chcesz zobaczyć wszystko, bo druga okazja może się nie powtórzyć. Gdy jesteś mieszkańcem, uważasz, że będziesz mieć jeszcze milion okazji do poznania miasta.

I wtedy okazuje się, że za półtora roku się stąd wyprowadzasz. Panicznie łapiesz się wszystkiego, chcesz odhaczyć każdy punkt na swojej długiej liście „do zrobienia w Krakowie”.

Dwa lata przeleciały mi przez palce. Z mojej długiej listy nie odhaczyłam nawet połowy. Czas to zmienić. Czas złapać Kraków, zanim mi ucieknie. Albo raczej: zanim ja z niego ucieknę. W tym tygodniu cofnęłam się do czasów matury, stworzyłam swoją listę „do zrobienia w Krakowie”, wykreśliłam to, co już zrobiłam, dzielę się nią z Wami i będę sukcesywnie odhaczać kolejne punkty, a efekty zobaczycie na blogu. Jedno jest pewne: to nie będzie nudny rok.

to do in krakow

Kliknij w obrazek, żeby zobaczyć szczegóły.

Teraz zadanie dla Was.

Po pierwsze. Jeśli jesteście z Krakowa, bądź robiliście coś fajnego w tym mieście, pomóżcie mi uzupełnić listę.

Po drugie. Każdy z Was ma na pewno swoją listę rzeczy do zrobienia, której nigdy nie wypełnił. Listę postanowień noworocznych, miejsc do odwiedzenia, słów do powiedzenia bliskim, zdjęć do zrobienia, rzeczy do posprzątania. Znajdźcie je lub spiszcie od nowa.  Sprawdźcie ile już udało Wam się zrobić. To jest najlepszy moment, bo nic tak nie motywuje, jak już skreślone zadania :) Na te punkty, o których zapomnieliście dajcie sobie racjonalną ilość czasu i zacznijcie wypełniać. Powodzenia!