Yummy Mummy – Funky Diskotek

IMG_20150226_164400

Prezentuję płytę, która daje mi kopa (dziś np. przy sprzątaniu) i nie pozwala usiedzieć na miejscu (nawet w samochodzie). Energetyczna, ze świetną gitarą i piosenkami wpadającymi w ucho. Oto Funky Diskotek Yummy Mummy.

To debiut studenckiego zespołu, ale płyta trzyma poziom. Ba, wychodzi poza studenckie standardy. I wcale nie mówię tak tylko dlatego, że zespół jest z mojego miasta, a Jadzia, wokalistka, to dobra znajoma Brodacza i mojej przyjaciółki. Funky Diskotek to naprawdę ciekawa, różnorodna i chwytliwa płyta, której warto posłuchać.

…..

Wielka feta u Gatsby’ego.

Byłam, widziałam, jestem pod wrażeniem. Przepych, bogactwo, świetne ciuchy, niekończące się imprezy, a wszystko w jednym celu – odzyskania miłości. Słyszałam soundtrack fragmentami wcześniej, niemożliwie ciekawiło mnie, jak oni tak nowe piosenki upchną w takim starym filmie. A zrobili to po mistrzowsku. Chociaż może przez to film stracił trochę na autentyczności, to nabrał świetnego wydźwięku i zyskał na zrozumieniu przez młode pokolenie. Te ich bankiety skojarzyły mi się jak nic z imprezą z Project X. Co się tam nie działo!

Historię znałam trochę z książki, wraz z kolejnymi minutami coraz więcej mi się przypominało. Może dlatego skupiłam się bardziej na muzyce niż grze czy fabule.

Niemniej, jeśli lubicie jak w filmie dużo się dzieje, jak jest bogato, a wszystko nastawione na fajerwerki, błyskotki i efekty, to pędźcie co tchu do kina, film niedługo wyjdzie z ekranów. Chętnym obejrzenia bardziej  dosłownej ekranizacji sugerowałabym raczej starsze obrazy, a najlepiej źródło – książkę :)

Piosenka, która do filmu pasuje jak żadna inna.

Zamczysko Gatsby’ego.

No nie mówiłam, że jak Project X?

Na koniec moja ulubiona scena. „Czy tych kwiatów oby na pewno nie jest za mało?”
Czyli zmieszany Jay tuż przed spotkaniem z Daisy. 

Strachy na Lachy, "!TO!"


Ty ciągle i wciąż masz mi za złe, że już nie mieszkam w Punk Rock City. Mieszkam w całkiem innym miejscu Polski i cierpię na syndrom sztokholmski.


Niech teraz wszyscy, którzy mieli to za złe Grabażowi, posłuchają nowej płyty.

Chciałam odczekać choć kilka dni, aby !TO! we mnie dojrzało. Zapowiadałam w grudniu, że Pidżama Porno wróci. Moi drodzy, ogłaszam, że wróciła. Sympatyczny atrament, Gorsi, Bloody Poland, Jaka piękna katastrofa… Brzmią jak najbardziej punkowo. Pozostałe są, jak to Grabaż w wywiadach prawi, (w jego rozumieniu tego słowa) popowe. Zupełne odejście od smutnej, depresyjnej Dodekafonii, zaufanie wesołym, skocznym melodiom – okaże się, że szczególnie skocznym pod samą sceną.

Nigdy bym nie powiedziała, że płyta taka jak !TO! będzie mi się podobać w równej mierze, co Piła Tango. To zupełnie inne, dorośnięte, przeobrażone Strachy, a brzmią tak samo swojsko. Nie ma Pana Areczka, nie ma akordeonu, nie ma tego folkowego brzmienia, które kupiło mnie w Moralnym salcie kilka lat temu, ale są gitary, jest kilku gości, kilka mocnych momentów, dobre, trafiające w sedno teksty, czasem żartobliwe, czasem zgryźliwe, przede wszystkim jest to coś.

PŁYTA: Patrick Wolf "Lupercalia"

Jeszcze dobrze mi w uszach nie wybrzmiała Lupecalia, a tu okazuje się, że Patrick Wolf, we wrześniu wydał następną płytę. Jeszcze jej nie znam, ale, mam nadzieję, zmieni się to w najbliższych dniach.
Młody chłopak o zaskakującym głosie, do tego niezwykle uzdolniony. Obok tej płyty nie da się przejść tak zupełnie obojętnie. Świetna do posłuchania wieczorem, w drodze do szkoły, pracy, na uczelnię, podczas biegania, zmywania, czy na zakupach. Nastraja pozytywnie i daje trochę uśmiechu.
Poza tym, po Wolfie widać, że dla niego muzyka nie jest tylko zabawą albo tylko pracą. To wielka pasja, miłość, którą wspaniale potrafi się dzielić z innymi.

PŁYTA: Paula i Karol "Whole again"

Nie wiem, jak to możliwe, że ich tu jeszcze nie ma, skoro do spółki z Cider Sky rozweselają mi trudne jesienno-zimowe dni. Zatem:

/

Chyba słucham tylko płyt-rozweselaczy. Wychodzę z założenia, że życie jest za krótkie, żeby marnować czas na nielubianą muzykę, książki, czy filmy. Paula i Karol mają niezwykłą lekkość, radość i są kompletnym oderwaniem od tego ciągłego polskiego paskudnego narzekania. Widać to już było po EPce Goodnight Warsaw i po debiutanckim, cieplutkim Overshare.

Na Whole again częściej niż wcześniej słychać Karola. Zdaje mi się, że jego zdolności wokalne się znacznie poprawiły – lub tonacje bardziej podpasowały. Tak czy siak, płyta brzmi lepiej niż poprzednie, lecz nadal bardzo swojsko i przyjemnie. Dla mnie jest piękną kontynuacją Overshare.

Zespół na koncercie robi furorę. Miałam okazję być na jednym z występów z trasy z Moniką Brodką. Całe Studio wypełnione ludźmi, którzy przyszli wyłącznie posłuchać tej drugiej i nie bardzo zwracali uwagę na to, co się dzieje na scenie. Po trzech piosenkach Pauli i Karola wszyscy już falowali w rytm Paulowych skrzypiec, a gdy zespół zszedł, zamiast krzyczeć poprzednie „Brodkaaa! Dawać Brodkę!”, krzyczeli „Paula i Karoool!” i „Jeszcze, jeszcze!”.

PŁYTA: Mika "The Origin of Love"

Następca Freddiego Mercurego powraca z… trzecią płytą! I to jak powraca. The Origin of Love brzmi doroślej niż debiut, ale nadal zachowuje tę niezwykłą świeżość, lekkość, a z każdego kawałka bije taka radość, że hej! Absolutnie najlepszy pocieszacz na każdą nieprzygodę, na jesienne pluchy, na trudne godziny w pracy, umilacz podróży, uśmiechacz i rozweselacz.

Ulubione momenty:

Z wielkim trudem ograniczyłam się do tych czterech…