Filmy, które oglądałam w kwietniu (w tym jeden, którego byście się po mnie nie spodziewali!)

W kwietniu miałam sporo okazji, do oglądania, a maj zapowiada się podobnie. Dlatego, zanim dokończę relację z Włoch (część I: Mediolan tutaj), podzielę się kilkoma z nich.

Bohaterami będą:

  • Źródło nadziei
  • Grand Budapest Hotel
  • Finałowy odcinek Glee
  • Dziennik zakrapiany rumem
  • Milion sposobów, jak zginąć na zachodzie
  • FILM-NIESPODZIANKA dla wytrwałych!

Źródło nadziei

Joshua Connor, australijski farmer i człowiek, który buduje studnie, chcąc spełnić ostatnie życzenie swojej żony, rusza do Turcji, żeby odnaleźć ciała synów, poległych w bitwie pod Gallipoli. Wyprawa staje się trudna przez problemy, jakie sprawiają urzędnicy i wojsko, ale we wszystkim pomaga mu Turczynka Ayshe. Kiedy okazuje się, że jeden z synów mógł przeżyć, Joshua robi wszystko, co w jego mocy, żeby do niego dotrzeć, nawet pomimo wiszącej w powietrzu wojny.

Źródło nadziei to taki familijny film o determinacji, męskiej dumie, honorze i ojcowskiej miłości, który spodobałby się mojej mamie. Pokazuje, jak dużo może znaczyć rodzina i ile można dla niej poświęcić. Mnie historia nie przekonała, a wątek miłosny zakopał większość dobrych opinii, które mogłam tu zapisać.

Grand Budapest Hotel

Film, w którym tytułowy hotel jest tylko tłem niesamowitych wydarzeń. Chociaż wszystko dzieje się w mitycznej Żubrówce, gdzieś daleko w górach i jest tak bajeczne i niemożliwe, to w pewnym momencie zaczyna się wydawać, że wszystko jest prawdą – potęga hotelu, wielkie zabójstwo właścicielki interesu i kwestia spadku, historia miłości jej i konsjerża czy romans Agaty, cukierniczki (?) i Zera, boya hotelowego, który jest głównym bohaterem filmu. Dobra komedia, która trochę za szybko się kończy. A kostiumy – faktycznie piękne, ale nie wiem czy warte Oscara. Za to charakteryzacja pierwsza klasa! Nigdy bym się nie domyśliła, że rolę Madamme D. zagrała Tilda Swinton.

Glee finale

Puck w garniturze, tego jeszcze nie było!

Razem z ostatnim odcinkiem Glee skończyła się dla mnie pewna era. Z tą ekipą byłam od początku, w pewnym momencie bardziej z sentymentu niż chęci śledzenia ich losów. Uwielbiałam historię nerdowskich, wyśmiewanych przez wszystkich licealistów, którzy w glee clubie znajdują zrozumienie i mogą robić to, co lubią najbardziej. Lubiłam to, że serial pokazywał, że chcieć, to móc. Pokazywał realne problemy licealistów, mimo że grali ich dużo starsi aktorzy. Podobało mi się, w jaki sposób podchodził do kwestii homoseksualistów – pokazywał, że orientacja nie determinuje tego czy ktoś jest wartościowy czy nie i że miłość gejów czy lesbijek może być tak samo piękna jak heteroseksualistów. Serio, para Kurt i Blaine zawsze była moją ulubioną, bo najbardziej prawdziwą i dorosłą ze wszystkich.

Serial kończy się tak, jak powinien i tak, jak wszyscy się spodziewali, czyli dobrze. Każdy z bohaterów wypracował mniejszy lub większy sukces, jest szczęśliwy i znalazł miłość. Pamiętajcie, każda bajka dobrze się kończy, a szczególnie cukierkowy serial o dzieciakach pełnych kompleksów i nauczycielu, który chce ich z tego wyciągnąć.

Dziennik zakrapiany rumem

To był film, który chciałam zobaczyć wyłącznie dla Johnny’ego Deppa. I prawie usnęłam. Wydaje mi się, że w całym filmie chodzi tylko o to, kto więcej wypije. Dziennikarz-alkoholik przyjeżdża do Puerto Rico, żeby pisać dla lokalnej gazety i przy tym dobrze się bawić na plaży pod palmami. W międzyczasie spotyka bogatego biznesmena, któremu ma pomóc w całkiem sporym oszustwie (i oczywiście odbić kobietę). Historia mogła być dobra, ale jej potencjał nie został wykorzystany. Pozwólcie, że zacytuję jeden z komentarzy na filwebie: „Ten film ma jedną zaletę. Jest w nim Depp.”

Milion sposobów jak zginąć na zachodzie

Spodziewałam się komedii pokroju Teda. Może nie na wysokim poziomie i do oglądania z butelką wina, ale śmiesznej i w sam raz do zobaczenia po ciężkim tygodniu. Ogromnie się zawiodłam. Nic tu nie jest śmieszne – raczej niesmaczne albo żałosne. Nie ma żadnej fabuły, wydarzenia jakoś same sobie płyną, nie bardzo łącząc się w zwartą całość. Podchodziłam do filmu ze trzy razy. Kompletna strata czasu.

I najlepsze na koniec:

50 twarzy Greya

Zastanawiałam się długo czy pisać tu o tym. Potem okaże się, że na mój blog trafiać będą niespełnione gospodynie domowe albo, co gorsze, niespełnione nastolatki. Bo to film dla takich osób (Greya powinien grać Channing Tatum, stanowczo!) i film, którego bez butelki czegoś mocniejszego niż wino nie da się obejrzeć. Fabuła klei się tu chyba nawet gorzej niż w „Milionie sposobów…”, ale „50 twarzy Greya” nie jest z idei komedią. Jest MELODRAMATEM. To raczej typowy film z półki „jak nie należy robić filmów”.

Advertisements

Podziel się swoim zdaniem.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s